bowl fire
Ver 180x255 kolorowy ptak

Kolorowy ptak

by Kokoro's avatarKokoro

Kornelia i Gabriel to dość osobliwa para. Ona jest 23 letnią studentką kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, natomiast on 34 letnim pracownikiem jednej z warszawskich korporacji. Zapewne nigdy by się nie spotkali, gdyby nie pewne okoliczności jakie zaszły w ich życiu. Zmuszeni do zamieszkania pod jednym dachem będą musieli pokonać wzajemne...

23513 23513 wyświetleń
2 2 komentarze

Rozdział 19 - Kornelia i Gabriel

Odcinek był aktualizowany prawie 2 lata temu
902 902 wyświetlenia
0 0 komentarzy

Kornelia

— Czyżbyś wykupiła kurs PowerPointa na Udemy? — szepnęła Gośka, kiedy zajęłam miejsce koło niej w ławce.

— Pięć kursów — zażartowałam, układając przed sobą równo kartki, a następnie odkładając je na bok. Byłam niesamowicie z siebie zadowolona. W końcu dostałam maksymalną ocenę i wręcz emanowałam szczęściem. Zresztą wystarczył jeden rzut oka na moją twarz, aby wyczytać z niej rozpierającą mnie euforię.

Gośka obserwowała mnie, opierając policzek na dłoni.

— Zdolna ta moja koleżanka — mruknęła — niezła w bajerowaniu starszych facetów.

Wywróciłam oczami.

— Proszę cię... — Zaczęłam i zerknęłam w stronę podestu. Jakby słysząc moje nieme wołanie o pomoc, siedząca na podwyższeniu prowadząca oznajmiła:

— To będzie na egzaminie. Oczywiście jak mnie państwo rozzłoszczą i nie przygotują się odpowiednio do kolejnych prezentacji. Proszę wziąć przykład z koleżanki. Bardzo dobre wystąpienie.

To o mnie. Poczułam się taka dumna, jednakże podobnie jak reszta sali, słysząc słowo egzamin szybko zabrałam się za notowanie padających wkrótce słów, modląc się, abym nigdy nie musiała sięgnąć po notatkę, którą właśnie robiłam.

***

Gabriel

— Jak poszło? — zapytałem, pewny odpowiedzi, która niedługo miała paść. Stała koło mnie, a jej mina wyrażała tylko jedno: szczęście. Patrzyłem jak unosi rękę, a jej rozczapierzone palce wskazywały na liczbę pięć.

— No proszę — powiedziałem — to będzie dwa i pół na głowę. Rzuciła mi spojrzenie w stylu: uważaj, bo...

— Kupiłam ciasto.

— Ciasto? — powtórzyłem, zerkając w kierunku stołu. Rzeczywiście coś tam stało.

— Mam nadzieję, że nie jesteś uczulony na orzechy!?

— Przekonamy się.

Wywróciła oczami i podeszła do szafek w kuchni, a ja skierowałem swoje kroki w stronę stołu.

— Mogę otworzyć? — zapytałem, wskazując na leżące na blacie jasne pudełko.

— Śmiało — rzuciła, zanurzając nóż pod zimną wodą.

Otworzyłem wieczko i zamarłem z wrażenia, napawając się widokiem bezy ozdobionej świeżym rumiankiem i kakao.

— Wygląda fantastycznie. Kiedy masz następną prezentację? — powiedziałem, zerkając na nią.

— W przyszłym semestrze.

Skrzywiłem się .

— Szkoda.

Patrzyłem jak podchodzi do stołu, a następnie zabiera się za krojenie ciasta i prawdę mówiąc nie szło jej to najlepiej. Powiedziałbym wręcz, że szło jej tragicznie.

— To będzie mój — powiedziała, kładąc na stole kremową breję — może ty chcesz teraz pokroić? 

— Dobrze ci idzie — skłamałem.

Nadęła policzki, wypuściła powietrze i ponownie zabrała się za krojenie ciasta.

Musiałem przyznać, że była śmieszna. Czerpałem przyjemność z obserwowania jak niezdarnie sobie radzi z kolejnym kawałkiem, chociaż ostatecznie druga porcja wyglądała znacznie lepiej od pierwszej. Co prawda została zmacana z każdej strony ręką, tak, że w niektórych miejscach widać było ślady palca, ale co tam. W restauracjach też tak robią.

Ciasto okazało się wspaniałe. Idealna kompozycja smaków. Ani za słodkie, ani za gorzkie. Wyważone. Byłem już na finiszu, kiedy Kornelia odsunęła się gwałtownie na krześle, klasnęła w kolano i podrywając się do góry, krzyknęła:

— Zapomniałam o winię!

Patrzyłem jak podbiega do lodówki i wyjmuję trunek. Następnie wraca do mnie i wyciągając ręce w moim kierunku, mówi:

— Trzymaj! Nie jestem w tym dobra. W dodatku mam kiepski korkociąg.

To prawda. Pomyślałem, zabierając butelkę.

— Ostatnio jak nocowała u mnie koleżanka, byłyśmy na tyle zdesperowane, że oglądałyśmy filmiki na Youtubie o otwieraniu butelki gwoździem.

— Udało się? - zapytałem wkręcając się w korek.

— No coś ty!? Musiałyśmy zadzwonić po pomoc.

— Nie sądziłem, że ktoś oferuję tego typu usługi — powiedziałem żartobliwie.

— Oj, zdziwiłbyś się, jakbym ci powiedziała ile osób. Szkoda tylko, że przy okazji wypijają prawie całą butelkę i opróżniają lodówkę.

— To znak, że musisz zainwestować w lepszy otwieracz.

— A ty musisz zrobić mi szkolenie.

— Zgoda — odpowiedziałem, uwalniając butelkę od korka — tylko podaj mi kieliszki.

Podała, a ja bawiąc się w pana miarkę, starałem się po równo nalać jasny płyn do kieliszków. Kiedy uznałem, że chyba nieźle wywiązałem się z zadania, stuknęliśmy się i zaczęła się degustacja.

— Niezłe nie? — powiedziała, odrywając kieliszek od ust.

Na moim czole pojawiła się pionowa bruzda.

— Słodkie.

— Ej, postarałam się.

— Wiem, wiem. Może wyjdziemy? — kiwnąłem w stronę drzwi balkonowych — podobno od jutra ma się popsuć pogoda.

— Ok. Wezmę butelkę — powiedziała szczerząc się i machając przede mną winem.

Tak, była śmieszna. I pomyśleć, że jeszcze niedawno bała się na mnie spojrzeć, a teraz stała i jak gdyby nigdy nic żartowała.

Wyszliśmy na zewnątrz. Cieszyłem się, że miała balkon. To się rzadko zdarza w kamienicach. Co prawda, nie był on jakiś przeogromnych rozmiarów, ale spokojnie mieściła się na nim nasza dwójka. I to wystarczyło.

— Mogę? — zapytałem, wyciągając paczkę papierosów.

— Tak, jasne.

Super. Moja była dziewczyna miała obsesję na punkcie włosów. Właściwie to była przewrażliwiona na punkcie zapachów, szczególnie dymu papierosowego i za wszelką cenę starała się zwalczyć mój zły nałóg. Byłem jej trochę wdzięczny za to, ponieważ zdarzały się chwilę, kiedy łapałem się na tym, że w ciągu dnia wypalałem niebezpieczną ilość tytoniu... ale cóż, na coś trzeba umrzeć, prawda? Podsunąłem jej paczkę, mówiąc:

— Chcesz?

— Dzięki, ale nie palę.

— Ale nie będzie ci przeszkadzało? — zapytałem, upewniając się czy, aby na pewno nie stara się być po prostu miła.

— Nie będzie. Moi znajomi palą. Jestem przyzwyczajona.

— I nie dałaś się namówić? Wspólne wyjście na papierosa to zawsze najlepsza integracja.

— Rozumiem, że mówisz mi to z doświadczenia.

— Zgadza się — powiedziałem, wypuszczając dym z ust — chodź — zaproponowałem nagle, wyciągając papierosa w jej stronę — zapal sobie. Bądź niegrzeczna. — Patrzyłem jak bierze ode mnie papierosa, i zaciąga się nim.

— Może być — powiedziała, zwracając mi go.

— No tak. Zapomniałem, że wolisz mocniejsze doznania.

— Szczególnie z rodzicami — przypomniała.

Nie mogłem zapanować nad wydobywającym się z mojego gardła cichym śmiechem.

— Paradoks, co nie?

— Oj tak... — powiedziała — nalać ci trochę wina?

Podniosłem do góry prawie pusty kieliszek.

— Daj, sam naleję, ale to ostatni. Potem oboje idziemy grzecznie spać.

— Tak jest, proszę pana.

Rzuciłem jej karcące spojrzenie. A ona, jakby nigdy nic, wzięła kolejny łyk wina, próbując zasłonić uśmiech. 

Komentarze:

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Bądź pierwszy!