bowl fire
Ver 180x255 kolorowy ptak

Kolorowy ptak

by Kokoro's avatarKokoro

Kornelia i Gabriel to dość osobliwa para. Ona jest 23 letnią studentką kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, natomiast on 34 letnim pracownikiem jednej z warszawskich korporacji. Zapewne nigdy by się nie spotkali, gdyby nie pewne okoliczności jakie zaszły w ich życiu. Zmuszeni do zamieszkania pod jednym dachem będą musieli pokonać wzajemne...

25264 25264 wyświetlenia
2 2 komentarze

Rozdział 23 - Gabriel i Kornelia

Odcinek był aktualizowany około 2 lata temu
1045 1045 wyświetleń
0 0 komentarzy

Gabriel:

— Dobrze, w takim razie jutro będę u pana. Do widzenia.

— Do widzenia panu.

Mój rozmówca rozłączył się. Oderwałem telefon od ucha i położyłem go na blacie stołu. Sam rozsiadłem się wygodnie w skórzanym, czarnym fotelu i założyłem ręce za głowę. Jutro czeka mnie podróż do Poznania.

Kornelia:

Przyglądałam się kroplą deszczu spływającym po szybie. Listopad powitał mnie wyjątkowo paskudną pogodą. Na zewnątrz było szaro, buro i wilgotnie. Smutny krajobraz miasta sprawiał, że czułam się okropnie sennie.

Codziennie piłam hektolitry kawy, a niedobór magnezu wprowadzał mnie w wyjątkowo kiepski nastrój. Nie pomogła nowa lampka, którą postawiłam na biurku, obok większej, podłogowej. Sądziłam, że jak ustawie je tak, aby centralnie świeciły mi w twarz, moje ciało wyprodukuję serotoninę. Niestety, myliłam się.

Przygnębiona, odetchnęłam ciężko i zerknąwszy na trzymany przed sobą telefon, sprawdziłam prognozę pogody dla Warszawy na najbliższy tydzień: opady.

Boże! Skrzywiłam się. Wyjrzałam przez szybę samochodu, obserwując brodzących w deszczu ludzi i chociaż wiem, że to zabrzmi wstrętnie cieszyłam się, że nie jestem na ich miejscu.

— Oby do wiosny — powiedziała mama, zaciskając swoje wypielęgnowane dłonie na kierownicy. Przeniosłam wzrok z jej czerwonych paznokci na swoje, zastanawiając się dlaczego skusiłam się na odcień butelkowej zieleni. W samochodzie kolor ten był niemal czarny.

— Nienawidzę zimy — mruknęłam, świadoma, że według kalendarza jest wciąż astronomiczna jesień.

— Ja też. Przyjemnie byłoby wygrzać się w jakimś ciepłym kraju. Zobacz proszę jaka jest pogoda w Rzymie.

Zerknęłam.

— Osiemnaście stopni i brak opadów, pojutrze dziewiętnaście i pełne słonce.

Mama westchnęła.

— Tylko u nas nawałnica.

Szybko sprawdziłam prognozę dla całego kraju.

— Jutro w Poznaniu ma cały dzień świecić słońce.

***

Samochód zatrzymał się przed moim domem.

— Uważaj na siebie mała.

— OK! Pa mamo! — powiedziałam, wyskakując z samochodu. Szybko pokonałam odległość dzielącą mnie od klatki i wpisałam kod. Wchodząc do windy zanurzyłam dłoń w mojej "wsiąkiewce" w poszukiwaniu kluczy. Szczęśliwy traf chciał, że moje palce od razu napotkały na zimny metal.

— Są! 

Uśmiechnęłam się triumfalnie i uniosłam głowę do góry, dosłownie w tym samym momencie, w którym otworzyły się drzwi od mojego mieszkania.  W drzwiach wejściowych stał Gabriel.

— O! — wyrwało mi się — jesteś w domu?

— Czy to takie dziwne, że wracam do domu? — odparł z przekąsem, wycofując się do tyłu.

— Skądże, po prostu nie spodziewałam się ciebie — odpowiedziałam szczerze, wchodząc do środka.

— Jutro jadę do Poznania — rzucił niedbale.

— Poznania? — powtórzyłam.

— Tak, muszę co załatwić.

— Służbowo? — dopytywałam.

— Nie.

— Mogę z tobą jechać?

— Słucham? — Moje nagłe pytanie najwyraźniej zaskoczyło go.

— Zapytałam czy mogę z tobą pojechać.

— Musze tam być o dziewiątej — opowiedział, wymijająco. Dobrze wiedziałam co to oznacza. Nie, absolutnie nie. Mimo to postanowiłam twardo obstawać przy swoim.

— Nie szkodzi.

— Wracam tego samego dnia.

— Nie przeszkadza mi to.

Zacisnął wargi.

— Łatwo nie odpuścisz, co? — powiedział po chwili, chowając dłonie w kieszeniach dresowych spodni.

— Nie. Nie daruje ci jak mnie ze sobą nie zabierzesz. — Grałam w otwarte karty. — Albo mnie weźmiesz, albo będziesz musiał znosić moje marudzenie przez najbliższe dwa tygodnie. A podobno jestem straszna. W dodatku mamy listopad, a mój poziom niezadowolenia podniósł się do niebezpiecznie wysokiego poziomu.

Przyglądał mi się. Jakby oceniał szanse katastrofy, którą za sobą niosłam.

— Dobra — powiedział — możesz jechać.

— Jest! — krzyknęłam, wykonując gest zwycięstwa.

— Wyruszamy o szóstej. Będziesz się ociągać, zostajesz.

— Będzie Macdonald?

— Chyba żartujesz! Żadnego Macdonalda.

— Jak to?

— I żadnego marudzenia.

— Nudziarz... — mruknęłam pod nosem.

— Co powiedziałaś?

— Idę wziąć prysznic. Strasznie zmarzłam — powiedziałam, mijając go. Przyglądał mi się spod zmarszczonych brwi, próbując rozszyfrować co tak naprawdę powiedziałam.

Komentarze:

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Bądź pierwszy!